Nie musisz być samodzielną mamą, kobietą samotnie wychowującą malucha, aby to poczuć. To nie będzie tekst o mamach, na barkach których spoczywa wychowanie dziecka w pojedynkę. To będzie tekst o samotności innej niż wszystkie, o samotności, która dotyka wiele kobiet po urodzeniu dziecka.

Samotność inna niż wszystko inne

Macierzyństwo, zwłaszcza to przeżywane po raz pierwszy, to skok w nieznane. I co prawda, możemy przygotować się na wiele sytuacji, być fantastycznie oczytane, wyposażone w wiedzę, podręczniki, niezbędne gadżety, a nawet w psychiczne nastawienie, że nie będzie łatwo, a mimo wszystko wpaść w ogromną otchłań samotności.

Powiem Wam, jak to było u mnie. Od początku byłam bardzo samodzielna. W zasadzie dwie doby po cesarce niosłam już dziarsko zakupy z Lidla, całodobowo opiekowałam się kilkudniowym synkiem i nie zważałam na zmęczenie, bo szczęście, które mi towarzyszyło, wypełniało mnie w całości. Aż do pierwszej kolki. Długi wieczór, nieutulony płacz mojego malucha, któremu chciałabym przychylić nieba, zupełnie nie wiedziałam jednak jak to zrobić. Minuty, które ciągnęły się w nieskończoność i ta moja cholerna bezradność… Wtedy po raz pierwszy poczułam taki prawdziwy matczyny strach i bezsilność, jak stąd na księżyc. Poczułam się najbardziej samotną osobą na całym świecie z największą miłością mojego życia na rękach. Strachem i bezsilnością, które wypływały mi uszami.

„Wtedy po raz pierwszy poczułam taki prawdziwy matczyny strach i bezsilność, jak stąd na księżyc. Poczułam się najbardziej samotną osobą na całym świecie, z największą miłością mojego życia na rękach oraz strachem i bezsilnością, które wypływały mi uszami”

I wtedy zrozumiałam, że owa samotność, to ja. To mieszanka hormonów, poczucia odpowiedzialności, strachu przed oceną, niemoc, brak kontaktu z dorosłymi, brak snu, olbrzymie zmęczenie i brak możliwości powiedzenia: „okej, zrobię to jutro!”. To wszystko pojawiało się w mojej głowie na równi z przepełniającym mnie szczęściem i miłością do mojego dziecka. Kosmos, co? Wiem, że Ty też w nim czasem krążysz. Krążysz na orbicie zwanej MACIERZYŃSTWO.

Dzień świstaka trwa w najlepsze

Trzy pobudki w nocy, pielucha, o 10:30 mleko, spacer, 2000 kroków, obiad, a nie – jeszcze trzeba zmienić pieluchę, na blacie kawa zrobiona rano z nadzieją na jej wypicie, a już 16:00 na zegarku, kołysanie, lulanie, ufff dzidziutek zasnął, co prawda pęcherz zaraz wystrzeli, bo przecież od rana nie było czasu zrobić siku, ale nic to – wytrzymam, bo bobas śpi przecież tak słodko… Brzmi znajomo? Każdy dzień podobny do każdego następnego, kolejny spędzony od rana do wieczora samotnie, choć w towarzystwie maluszka.

Samotność w macierzyństwie to coś, co, mam wrażenie, zamiata się pod dywan. Mówi się o tym cicho lub w ogóle nie mówi, bo przecież na macierzyństwo nie można narzekać, nie wypada. Bo przecież rodzina jest pełna, więc w czym jest problem? Partner wraca po pracy do domu i jeżeli jest empatyczny i wyrozumiały, to przytuli, powie „widzę, że Ci trudno/daj, ja to zrobię/jak Cię mogę odciążyć”, ale, co gdy taki nie jest? Co, gdy zamiast słowa wsparcia powie, że „wszystko kręci się wokół dziecka”?

Często piszecie mi, że brakuje Wam tego fundamentalnego wsparcia i zrozumienia. Że nie umiecie mówić o swoich emocjach, bo jest to dla Was tak nowe, tak obce. Czy wiecie, że ok 80% czasu w początkowym etapie macierzyństwa poświęcane jest tylko maluchowi? W pozostałych 20% warto byłoby się zdrzemnąć, co? 🙂
Mały człowiek potrzebuje niemal całodobowej uwagi, a gdy dziecko jest „wymagające”, to same dobrze wiecie, że… potrzeba 12000% uwagi. Do tego wszystkiego dochodzi zmęczenie i brak zasobów mamy na COKOLWIEK po całym dniu świstaka. Nawet umycie kubka po porannej kawie (jeżeli już szczęśliwie znalazłyście czas na jej zrobienie rano :)) jest wyczynem! Dojrzały partner będzie starał się to zrozumieć, znaleźć wspólne rozwiązanie i… tu się zatrzymam. To jest właśnie jeden z momentów, który bardzo mocno weryfikuje relacje i jest egzaminem na związkową komunikację.

„Pomimo, że tak bardzo potrzebowałam ludzi, sama odtrącałam znajomych w obawie, że zostanę oceniona” – pisze jedna z Was

„Zupełnie nie umiałam rozmawiać z moim partnerem o tym, jak bardzo jest mi ciężko. On zdawał się tego nie rozumieć, bo mówił wciąż o swojej pracy, umniejszając moją pracę w domu” – pisze kolejna moja obserwatorka

„Byłam tak samotna, choć przecież mąż wracał po pracy do domu. Czułam się jak ptaszek w klatce. Nie chciałabym wracać do swoich emocji z tamtego okresu. Było mi za nie tak wstyd, bo przecież kocham swoje dziecko i tak bardzo go pragnęłam...” – to kolejna wiadomość, która wpadła do mojej skrzynki na instagramie.

Mam nadzieję, że te wiadomości pokażą Ci, że nie jesteś sama w tych emocjach.

Potrzeba całej wioski…

Jest takie afrykańskie powiedzenie:Potrzeba całej wioski, by wychować jedno dziecko”. To przysłowie można bardzo często spotkać w literaturze dotyczącej rodzicielstwa bliskości.  W wielu afrykańskich kulturach tak właśnie wygląda wychowanie dziecka. Kilkanaście rąk do pomocy, noszenia i tulenia. Nasi dziadkowie, często też rodzice, mieszkali w wielopokoleniowych domach, gdzie w wychowaniu dziecka brała udział cała rodzina. I możemy oczywiście dyskutować, czy przynosiło to bezdyskusyjnie pozytywny wpływ na rozwój malucha. ale jedno jest pewne – mama na pewno nie zostawała sama ze wszystkim.. Skąd jednak wziąć całą zaangażowaną wioskę w centrum miasta, często z dala od rodzinnego domu?

Skąd wziąć wioskę!?

W początkowych miesiącach macierzyństwa wyjście do sklepu, czy chwila rozmowy z innymi mamami na placu zabaw, to jedyna możliwość kontaktu z dorosłymi. I oczywiście można powiedzieć – „ale co to za problem ubrać dziecko w kombinezon i pojechać na kawę do knajpy?” Jestem przekonana, że wiele mam pozazdrościłoby tego, że nie jest to problemem 🙂 Często ogromną blokadą jest strach przed nowymi sytuacjami, oceną, zmianą pampersa w miejscu publicznym, karmieniu w pomieszczeniu pełnym ludzi. Na matczyny strach i osamotnienie składa się bardzo wiele elementów. Również nierzadko depresja poporodowa…

„maska tlenowa najpierw sobie, potem dziecku”

Szukajcie „wiosek” wszędzie, gdzie tylko możecie. Fora internetowe? Rodzina? Znajomości na placu zabaw? Dbajcie o siebie, powtarzając sobie w głowie jak mantrę zdanie stewardessy z samolotu: maska tlenowa najpierw sobie, potem dziecku. I postępujcie tak w życiu. Najpierw ciepła kawa, potem działanie. Im bardziej Twój poziom nagromadzonych zasobów spada, tym masz mniej sił, cierpliwości, decyzyjności. Pojawia się złość, frustracja, strach i lęk. Byłam tam dziewczyny. Byłam tam wielokrotnie. I trzymam kciuki za Was, żebyście Wy bywały tam jak najrzadziej.